Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody. Pokaż wszystkie posty

03 stycznia 2015

Ulubione filmy i pyszne domowe lody o smaku korzennych ciasteczek



Święta minęły. Upłynęły pod znakiem jedzenia, picia, biesiadowania, leniuchowania i oglądania filmów. Filmów w ilościach nieskończonych. Nadrabialiśmy zaległości urządzając sobie seanse przetykane krótkimi drzemkami. Kanapa okazała się meblem równie ważnym jak stół.

Niektóre filmy lubi się albo nie. Niektóre obrazy zostają z tobą na dłużej, niektóre igrają z twoimi emocjami, niektóre rozśmieszają, a niektóre poruszają do głębi. Pamiętam jak pierwszy raz oglądałam Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Miałam nie więcej niż 8 lat. Obraz walcowatej góry, która miała być miejscem spotkań z kosmitami wbił mi się w pamięć na lata. Na scenę wyjścia kosmitów ze statku w końcówce filmu patrzyłam z przerażeniem przez palce. Nie chciałam ich widzieć. Ułamek sekundy i jeden bardziej rozłożony palec wystarczył, aby przerażający wtedy dla mnie obraz kosmity utrwalił się w mojej głowie. Byłam wystraszona do głębi, a muzyczne akordy, które towarzyszyły tej scenie, siedziały mi w głowie przez wiele tygodni. Kiedy niedawno oglądałam ten film ponownie, byłam ciekawa jakie obrazy zapamiętałam jako dziecko. Tak jak myślałam kosmici okazali się wcale nie strasznymi, przerośniętymi, plastelinowymi, skośnookimi humanoidami, a film nie przetrwał, jak niektóre stare filmy, które z biegiem lat stają się klasykami - próby czasu. Zdałam sobie sprawę jak wielką rolę odgrywa wyobraźnia.
Wiele lat później oglądałam Łowcę jeleni. Wiele wtedy z tego filmu nie zrozumiałam, ale poruszył mnie do głębi i dowiedziałam się wtedy co film może zrobić z emocjami człowieka. Wiedziałam, że mam do czynienia z filmem wyjątkowym.
Od czasu Łowców Jeleni obejrzałam tysiące filmów i niektóre zostały ze mną na dłużej, niektóre sprawiły, że śmiałam się w głos, a niektóre doprowadziły mnie do płaczu, którego nie mogłam opanować. Wiem, że niektórych nie obejrzę po raz drugi, a do niektórych będę wracać w nieskończoność. Nigdy nie obejrzę po raz drugi Zielonej Mili, bo scenę uśmiercenia Johna Coffeya wpuściłam do swojej głowy i zamknęłam ją od razu głęboko, bo nigdy więcej nie uwolnię i nie chcę takich emocji jakie temu towarzyszyły.

Nie mam chyba specjalnie ulubionych filmów.
Pojawia się ich teraz tyle, że nowe stają się ulubionymi, a o tych starych już obejrzanych zapominam. Próbowałam stworzyć sobie listę, ale okazało się że przychodzą mi do głowy tylko filmy w miarę aktualne. Starszych nie mogę odtworzyć i przywołać w pamięci, bo pewnie te emocje, które towarzyszyły mi przy ich oglądaniu na przestrzeni lat, ulotniły się i osłabły, a sceny zapadające w pamięć na dobre się rozmyły.

Gdybym miała jednak przywołać moją ulotną pamięć do porządku i zmusić ją do wysiłku - ta niekompletna i absolutnie niewystarczająca lista przykładowych, ulubionych 20-stu filmów wyglądałaby tak:

1. Między słowami S. Coppoli - za historię, którą zrozumie ten, kto ją przeżył. Dla mnie to film o tęsknocie, o której wie się, że będzie z nami już zawsze, po tym wszystkim co mogłoby się wydarzyć, a nie wydarzyło, a jednocześnie z wdzięcznością, że mogliśmy to przeżyć. Bill Murray śpiewający More Than This. Senne, specyficzne, a jednocześnie tętniące ruchem i życiem Tokio. Był czas, że całymi tygodniami słuchałam My Bloody Valentines Sometimes. Tak, to bez wątpienia jeden z moich ulubionych filmów.
2. Niewinne kłamstewka (Les Petits Mouchoirs) G. Caneta - to film na którym śmiałam się w głos i płakałam jak bóbr. Słodko-gorzka komedia z grupą przyjaciół i wakacyjnym francuskim wybrzeżem w tle. Film o skrywanych emocjach, trudnych relacjach i przyjaźni, która zdaje się przetrwa więcej niż mogłoby się wydawać.
3. Cienista dolina R. Attenborough - z Anthonym Hopkinsem i Debrą Winger. Gdy opowiadałam ten film mojej mamie, wzruszyła się do łez nie oglądając go. Jedna z najpiękniejszych historii miłosnych jakie zdarzyło mi się oglądać na ekranie.
4. Sierpień w hrabstwie Osage J. Wellssa - absolutnie genialna saga rodzinna z gorzką ironią codzienności i demonami przeszłości którym nikt nie może sprostać. Kocham Meryl Streep (i B. Cumberbatcha, który również zagrał mniejszą rolę w tym filmie).
5. Co gryzie Gilberta Grape - L. Hallstroma - mądra dziewczyna nawet będąc przejazdem w małym miasteczku (w tej roli Juliette Lewis) potrafi dostrzec dobro i wyjątkowość w przeciętnym wydawało by się chłopaku (Johny Depp). Plus absolutnie fenomenalny Arnie (Leonardo di Caprio). Byłam przekonana, że jest to Autentycznie niepełnosprawny chłopiec specjalnie zaangażowany do tej roli. Jak dla mnie rola życia Leo, który już wtedy objawił swój wielki talent.
6, Siostra twojej siostry Lynn Shelton - trzech aktorów i historia tak nieprawdopodobna, że trudno uwierzyć, że tak mogło się stać. A jednak stało się, a film urzeka autentycznością, prostotą i grą aktorów.
7. Lepiej być nie może Jamesa L. Brooksa - o tym, że Jack Nicholson i Helen Hunt muszą się w sobie zakochać, to było wiadomo, ale od tego filmu śledzę role Grega Kinneara i filmy z jego udziałem (widzieliście Małą Miss?). Plus absolutnie genialny Verdell. Kto widział ten wie.
8. 33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej - ten film wbił mnie w fotel i pomimo tego, że widziałam później sporo dobrych polskich filmów, ten po prostu utkwił mi w pamięci. Bardzo.
9. Melancholia Larsa von Triera - za to, że ten film tak bardzo rozczarował mnie za pierwszym razem, za drugim razem postanowiłam obejrzeć go trzeci raz. a teraz stał się jednym z moich ulubionych. Co nie oznacza, że będę chciała go zobaczyć raz jeszcze.
10. Imię róży J. J.Annauda - kryminał z klimatem średniowiecznej Europy w tle plus opactwo z Seanem Connery jako mnichem. Nic więcej nie trzeba mówić. Na podstawie książki Umberto Eco.
11. Pozwól mi wejść (Let me in) M. Reeves'a - jedyny film o wampirach (a raczej młodej wampirce), który zrobił na mnie wrażenie. Od tej pory śledzę karierę Chloe Grace Moritz.
12. Charlie S. Chbosky'ego - po prostu lubię filmy o szkolnej przyjaźni, a ten jest wyjątkowy. W jednej z ról Ezra Miller (z genialnego filmu z Tildą Swinton Porozmawiajmy o Kevinie).
13. Plan doskonały Spike Lee - tego oczekuję od kina sensacyjnego plus genialny scenariusz i fantastyczna gra aktorów. 
14. Celebrity W. Allena - mówią, że to niewypał w jego twórczości, ale ja generalnie nie lubię jego filmów, a ten podobał mi się wyjątkowo. 
15. Tajemnica Brookeback Mountain Anga Lee - Kowboje gejami? Nie do uwierzenia, prawda? Ale to jednak piękna historia o trudnej miłości z dwójką absolutnie genialnych aktorów: Jake'em Gyllenhaalem i Heathem Ledgerem. 
16. Fargo braci Coen - za Stevem Buscemim i zimnem które wdziera się pod kurtkę. Może irytujący i może nudny, ale musi się tu znaleźć.
17. Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi - z cudownym Simonem Peggiem. Naprawdę dobra komedia. Uważam, że lepsza niż Diabeł ubiera się u Prady.
18. Wyśnione miłości - odkąd obejrzałam ten film śledzę karierę Xaviera Dolana. Jego najnowszy film Mama to zupełnie inne kino niż Wyśnione Miłości, ale to on zapadł mi w pamięć.
19. Nothing Hill i wszystkie inne komedie z Hugh Grantem (np. Był sobie Chłopiec z genialną Toni Colette i Nicholasem Houltem) Tego jednak nie mogło tu zabraknąc. No i Spike...
20. Matrix - kino sci-fi inne niż wszystkie. Plus Keanu Reeves który był moją pierwszą miłością odkąd zobaczyłam go w teledysku z Paulą Abdul. 

Mogłabym wymienić jeszcze 50 innych filmów, które lubię. Ta lista jest zupełnie przypadkowa i bazuje na mojej chwilowej pamięci. Zabrakło tutaj wielu tytułów które przychodzą mi teraz do głowy, jak choćby: Dwunastu gniewnych ludzi, Misery, Przylądek Strachu, Bezsenność, Uśpieni, Gdzie mieszkają dzikie Stwory?, Pracująca dziewczyna i wielu innych m. in. polskich filmów.

Jeżeli mam się jednak jeszcze do czegoś przyznać, to uwielbiam serię z Harrym Potterem, a nie mogę przebrnąć przez Gwiezdne Wojny. O Północy w Paryżu to według mnie najnudniejszy film który widziałam (a raczej nie iwdziałam, bo nigdy nie obejrzałam go do końca). Nie przebrnęłam też przez serię Piraci z Karaibów, a na Sekretnym życiu Waltera Mitty wyszłam z kina...:(



Dziś przepis na fantastyczne, proste, domowe lody - bez potrzeby użycia maszynki do lodów. Lody na zasadzie mieszasz i mrozisz.
Inspirację zaczerpnęłam ze strony:
http://www.keepitsweetdesserts.com/no-churn-cookie-butter-ice-cream/

Składniki:
- 8 sporych łyżek kremu ciasteczkowego speculoos (gotowego lub z tego przepisu),
- 800 ml kremowej śmietany 30%,
- 500 ml słodzonego skondensowanego mleka.

Przygotowanie:
Krem ciasteczkowy mieszamy dokładnie w misce ze słodzonym skondensowanym mlekiem. W osobnym naczyniu ubijamy śmietanę kremówkę (nie na sztywno, musi być lekko ubita). Śmietanę łączymy chwilę mikserem z masą mleczno-ciasteczkową. Przekładamy do pojemnika z wieczkiem i wkładamy do zamrażalnika. To tyle :)
Lody są pyszne, kremowe i słodkie. Bardzo polecam :)
Może użyjecie chałwy zamiast kremu speculoos uprzednio dobrze ją rozdrabniając? 
To też dobry pomysł.




Do tego kawa z kardamonem :) podana z zagubionym na fartuchu "c".


Smacznego!

18 sierpnia 2014

Zupa ze świeżych pomidorów z nutą curry i sezamowo-makowymi paluchami


Jaka piękna katastrofa.. Można powiedzieć po wejściu do kuchni, kiedy gotuję ja.
Blat często przypomina obrazy Jacksona Pollocka.
Gotowanie T. to Mark Rothko w czystej postaci.

Mistrzem improwizacji jestem ja. Gotuję prawie wyłącznie na oko i później odmierzam to oko bardzo dokładnie, żeby podać przepis. T. gotuje odmierzając wszystko skrupulatnie i odkłada poszczególne składniki do misek i miseczek.

Jest jednak kilka spezialites de la mezon, kiedy pozwala sobie na absolutną spontaniczność i geniusz tworzenia. To bardzo wąska, męska specjalizacja doprowadzona do perfekcji.
1. Makaron z jajkiem.
Myślę, że gdyby pozwolić mężczyznom, którzy nie potrafią gotować pofantazjować w kuchni - wszystko zalaliby jajkiem. Makaron z jajkiem przygotowywany przez mojego męża ma jednak w sobie ten element szaleństwa, który sprawia że powstaje coś wyjątkowego. Nigdy nie wiem ilu przypraw użyje. Podejrzewam, że wszystkich które nawiną się pod rękę, od curry począwszy, na przyprawie do kebaba skończywszy, zanim makaron oblepi jajeczna masa. Obojętnie ilu przypraw by nie użył, makaron zawsze wychodzi r e w e l a c y j n y.
2. Klopsy.
Najbardziej delikatne i miękkie w środku, z najbardziej chrupiącą otoczką. Ja nie potrafię takich zrobić. Zawsze z ciekawym dodatkiem. Jadłam już klopsy z curry. Klopsy z miodem. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze są świetne.
3. Kanapki.
Bezwzględnie wszystkie dziurki chleba muszą być zalepione masłem. Wystawanie spod plastra sera suchych fragmentów chleba dyskwalifikuje najlepszą kanapkę na całej linii.
Nie można układać dwóch warstw sera lub wędliny na jednej kanapce. To niedopuszczalne.
Można łączyć paprykarz z żółtym serem i musztardą, czy kiszoną kapustę z kiełbasą i majonezem. To całkiem normalne. (Kanapki z reguły je sam, najchętniej o 23-ciej, mlaskając mi z zadowoleniem nad uchem, oczywiście w łóżku, kiedy ja próbuję złapać pierwszy sen).
4. Jajecznica.
Od paru lat perfekcyjna, ale dopiero pod naporem protestów. Miałam już okazję p r a w i e  z j e ś ć idealną jajecznicę, do której w ostatniej chwili dorzucono sporą garść majeranku i sowicie polano przyprawą maggi w płynie.

Właściwie jakby na to nie patrzeć - idealne skomponowane męskie menu na cały dzień...

13 sierpnia 2014

Czas na pomidory. Prosta sałatka z malinówek.



Jest sezon na pomidory. Bez wątpienia. Mnie do jedzenia pomidorów nie trzeba jakoś szczególnie namawiać. Lubię pomidory i już. Pomidorowa zupa, omlet z pomidorami, sos pomidorowy, kanapka z pomidorem. Pamiętacie kanapki z masłem, plastrem pomidora i drobno siekaną cebulką? 

Moja mama robiła najlepszą sałatkę z pomidorami jaką jadłam. Z drobno pokrojonymi małosolnymi ogórkami, posiekanym gotowanym jajkiem i posiekaną cebulką. Wszystko zalane było słodką śmietaną, odpowiednio doprawione solą i pieprzem. Najlepsza sałatka z dzieciństwa.

Nie kupujcie najtańszych pomidorów tylko i wyłącznie ze względu na cenę. Wybierzcie smaczniejsze, ale nieco droższe gatunki. Rozsmakujcie się w pomidorach, teraz kiedy jest ich czas.

12 sierpnia 2014

Zapiekane morele z miodowym mascarpone






- Chodzisz z notesem jak inspektor Columbo!
- No i co z tego. Chodzę z notesem, bo notuję jeśli coś ważnego przyjdzie mi do głowy.
- Masz tyle kalendarzy. Czemu nie piszesz w kalendarzu?
- Bo notes to z u p e ł n i e  c o ś  i n n e g o. Kalendarz ma daty, a notes ma c z y s t e,  p u s t e kartki bez dat.

Faktycznie. Noszę przy sobie niewielki notes i notuję wszystko co wydaje mi się godne zapamiętania. Jakąś szczególnie ważną i skomplikowaną myśl, która wykiełkuje w mojej głowie. Ile mądrych wywiadów, felietonów i książek przeczytałam i jak niewiele z tego zapamiętałam! Nie da się pamiętać wszystkiego. Niestety.

Najlepiej myśli się rano w pustym autobusie. Głowa jest odświeżona po nocnym odpoczynku i nieobarczona całym szumem i zdarzeniami dnia pozwala myślom sunąć gładko, inteligentnie i abstrakcyjnie zarazem. Naprawdę uwierzcie, że najlepiej myśli się rano. Pomaga w tym przesuwający się za oknem krajobraz, pola przybrane mgłą i mleczne, nieostre jeszcze poranne słońce.

Z reguły czytam zaległe Wysokie Obcasy i wszystkie nowe i nowe-stare książki jakie tylko wpadną mi w ręce. Kiedy nie mam już co czytać stoję w pośpiechu rano, w obawie, że nie zdążę na autobus przed regałem z książkami i gorączkowo myślę, która książka będzie na dziś najlepsza. Mimo że przeczytane, zastanawiam się którą pamiętam najmniej i która może idealnie wtopić się w dzisiejszy nastrój. Nigdy nie jest to wybór przypadkowy.

Kiedy czytam wywiady z fajnymi, mądrymi ludźmi, wierzę, że jeszcze jest nadzieja dla tego świata i musi być równowaga pomiędzy mądrymi i mniej mądrymi ludźmi, trafnymi i błahymi wypowiedziami, bo ta mądra w kontekście tej mniej mądrej zyskuje na znaczeniu. Ostatni taki wywiad, który dał mi nadzieję, że nie jest jeszcze tak źle z nami, to wywiad z Romanem Gutkiem w świątecznym Magazynie Gazety. Mówi on: „Ciągnie mnie przekraczanie granic. I szaleństwo marzenia. I samotność. Uwielbiam słuchać Arvo Parta i pogrążać się w melancholii. Smutek jest częścią życia wypieraną z naszej kultury, tak jak śmierć i cierpienie. Filmami chcę wytrącać widzów z ułudy sytego świata kolorowych reklam, w którym wszyscy muszą być piękni, silni, młodzi. Chcę, by byli smutni, niespokojni". Chciałabym zapamiętać całą ta rozmowę i tylko przywoływać sobie odpowiednie fragmenty. Polecam. 



Kiedy przez weekend przeczytałam ponownie „Morze, Morze” Iris Murdoch,  która jest jedną z moich ulubionych autorek, nie mogło obejść się bez notesu. Niektóre zdania musiały być po prostu przeniesione ponownie na nowy papier, bo nie mogłam spokojnie odwrócić kartki i pozostawić ich wśród innych. Jak ona pisała! Naprawdę dar przelewania myśli na papier to wielka siła. Główny bohater jej książki był amatorem prostego jedzenia. Uwielbiał proste smaki i proste dania z dobrej jakości składników. Jak mówił: "Jeśli chodzi o jedzenie i picie, tak jak w przypadku wielu innych (ale nie wszystkich) rzeczy, najprostsze przyjemności są najlepsze, o czym wie każdy inteligentny samolub. Jedzenie to doprawdy czynność tak przyjemna, że człowiek powinien się powstrzymać w czasie posiłku nawet od myślenia. Najprzyjemniej jest jadać w gronie przyjaciół, którzy nie przejmują się tak bardzo konwenansami, a najlepiej - samemu". Charles bez przerwy objadał się morelami z krakersami. Uważał zresztą, że morela to królowa owoców. Trudno się z tym nie zgodzić. Poniżej przepis godny notesu. Wyciągnijcie więc swój i zapiszcie.

Wielokrotnie robiłam ten deser. Miękkie, słodkie, zapieczone pod skorupką ze skarmelizowanego cukru morele i gładki, kremowy, mascarpone z lekką słodyczą miodu. Latem nie potrzeba nic więcej.



(Ispirowałam się deserem z pięknego i apetycznego bloga ze strony http://joythebaker.com/2011/06/simple-roasted-apricots-with-honey-mascarpone/)

Dla dwóch osób:
- 8-10 słodkich i dojrzałych moreli,
- kilka łyżeczek brązowego cukru,
- 200 g sera mascarpone,
- 4 łyżeczki miodu,
- posiekane listki świeżej mięty do przybrania (opcjonalnie).

Przygotowanie:
Ser mascarpone wymieszać z płynnym miodem.
Piekarnik nagrzać do 200 stopni.
Połówki moreli ułożyć w żaroodpornym naczyniu (lub dwóch osobnych naczyniach do zapiekania). Oprószyć brązowym cukrem. Piec około 15 minut w piekarniku góra-dół. Kolejne 7-8 minut pod funkcją grill. Podawać jeszcze ciepłe z pierzynką mascarpone.

Smacznego!

11 sierpnia 2014

Kokosowy sernik z malinami i borówkami


Za co kochamy naszych rodziców? To chyba najtrudniejsze i najłatwiejsze zarazem pytanie jakie można postawić.
Rodzice i nasze do nich podobieństwo.
I niepodobieństwo zarazem. 
To ile im zawdzięczamy.
Odziedziczone cechy charakteru, które sprawiają, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy.

Na kilku zdjęciach, które przeglądałam ostatnio mam położoną torebkę na kolanach.
Tak samo jak mama.
Tak samo od niedawna maluję usta na czerwono, a kiedyś nie przyszłoby mi to do głowy.
Tak samo zaczynam denerwować się przed każdym wyjazdem.
Choć nie muszę pakować się parę dni wcześniej.
Tak jak tatę cechuje mnie pewnego rodzaju „permanentne zdenerwowanie”, które wcale nie wyklucza mojej serdeczności i optymizmu. Na permanentne zdenerwowanie składa się obserwacja, dostrzeganie, wyciąganie wniosków, nie tkwienie w marazmie i stagnacji i reakcja na wszystko z czym się nie zgadzamy, co nas denerwuje, co powinno być lepsze i co budzi nasz sprzeciw. Przykład? Po prostu obydwoje nie potrafimy ustać w długiej kolejce do kasy, kiedy wszystkie obok są wolne. Zgadniecie kto zabierze głos i zapyta: Czy może Pani po kogoś zadzwonić?
Podziwiam opanowanie innych ludzi, którzy g o d z ą   s i ę na pewne rzeczy, a co najgorsze podejrzewam, że w ogóle ich nie d o s t r z e g a j ą. Podziwiam, bo nie muszą się denerwować, ale też nie rozumiem, bo to nasze zdenerwowanie z czegoś wynika. Z chęci sprawienia, żeby świat był po prostu lepszy.

Nie oznacza to w ogóle, że jestem niegrzeczna i nieuprzejma. Chyba jestem jedyną z niewielu osób w naszym osiedlowym sklepie do których z daleka kasjerki machają i krzyczą dzień dobry J

Z uśmiechem wpisuję na czarną listę rzeczy które mnie denerwują. Aktualnie poza mlekiem zero procent (nie wiem w jakich okolicznościach się na niej znalazło), są na niej radary, słowo „pięset” z pewnej reklamy, od którego po prostu cierpnie mi skóra i całe to dziwne towarzystwo z okładek kolorowych czasopism z torebkami za 10 tys. Nie potrafię zrozumieć jakie to ma znaczenie, czy torebka założona drugi raz traci na znaczeniu? I czy to naprawdę a ż  t a k   i s t o t n e? I co musi siedzieć w głowach ludzi, którzy uważają że to jednak j e s t   i s t o t n e. I nie dociera do mnie tłumaczenie, że jak posiada się miliony to człowiek ma po prostu inną hierarchię potrzeb. Pewnie tak jest, ale ja nie pobiegłabym do salonu po nowego land rovera czarny metalic, który pali pewnie 20 litrów paliwa na mieście. Nie i po prostu nie.

Mam porywczy charakter. Żywo reaguję kiedy coś mnie zdenerwuje. Pytam, kiedy czegoś nie wiem.  Nie potakuję z uprzejmości i nie robię tego, na co nie mam ochoty (choć czasem muszę). Lubię normalnych ludzi, którzy niczego nie udają, z którymi dobrze spędza się czas i przy których ja czuję się sobą.

Jestem tak naprawdę najbardziej optymistycznie nastawioną do życia osobą jaką znam. Wbiłam sobie do głowy słowa taty, który zawsze mi powtarzał: Pamiętaj, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Jestem empatyczna, wrażliwa, serdeczna, emocjonalna, potrafię opanować i poddać się bez obaw każdej sytuacji. Potrafię się dobrze zachować. Wiem, że nie można sprawiać komuś przykrości bez powodu. Wzruszają mnie czyjeś łzy. Nie potrafię przejść obojętnie wobec kogoś, komu dzieje się krzywda. Patrzę na innych ludzi bez zazdrości. Nie muszę jechać na wakacje do kurortu, aby wyrwać się do innego świata z pustej relacji.

Kocham moich rodziców za to, że nie mam kompleksów, które w czymkolwiek by mnie ograniczały.
Za to, że wiem że nie trzeba być dla wszystkich.
Że ja też jestem ważna.
Ale przede wszystkim, za to, że lubię siebie.
Naprawdę siebie lubię.

Wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzących Imienin Mamo!

10 sierpnia 2014

Focaccia z oliwkami i solą morską






Kiedy ktoś mnie spyta co wolę - morze czy góry? - bez wahania odpowiem, że morze. Widziałam już niejedną, piękną, piaszczystą plażę o lazurowo kryształowej wodzie, w innych, dalekich krajach, ale nasz polski Bałtyk ma w sobie zdecydowanie coś wyjątkowego. Bałtyk po prostu ma swój zapach. I nie mam tu na myśli zapachu wydobywającego się ze smażalni ryb czy natłuszczonych wonnymi olejkami, przyspieszającymi opalanie ciał, tylko swój własny, indywidualny, morski zapach. Morska bryza o poranku niesie w sobie zapach mokrego piasku, wyniesionych na brzeg wodorostów i ...soli.

W ten weekend znów nie pojechaliśmy nad morze. Co nie znaczy, że zmarnowaliśmy piątkowy wieczór. Kiedy po pracy zwyczajnie "poszliśmy w miasto" nie mieliśmy tak naprawdę żadnego planu. Szwendanie się po mieście ma w sobie tę zaletę, że nie przymuszanym do niczego i nie ograniczonym przez czas można spokojnie przemieścić się tam gdzie oczy i nogi poniosą. Bardzo to lubię. Można odkryć miejsce o którym nie miało się zielonego pojęcia, spotkać przypadkowych ludzi z którymi niespodziewanie wejdzie się w rozmowę na temat idealnego szefa i natrafić na nową, nieznaną knajpkę z fantastycznym jedzeniem.
Mam wrażenie, że kiedyś miasto nie miało tyle do zaoferowania. W piątkowy wieczór mieliśmy do wyboru zadymiony pub z dwoma rodzajami piwa, dyskotekę w zatłoczonym klubie lub wyjście do multipleksu. Podoba mi się bardzo, że dziś miasto otwiera się na ludzi. Organizowane są eventy, festiwale, plenery, targi śniadaniowe i miejskie plaże. Food trucki z ulicznym jedzeniem i nowe lodziarnie, które wyrastają w sezonie letnim jak grzyby po deszczu.

Kiedy więc zjedliśmy najlepszego, najbardziej soczystego hamburgera z idealnie wysmażonym mięsem, chrupiącą sałatą, roztopionym plastrem sera, plasterkiem bekonu i pysznym sosem barbecue z naszego ulubionego food tracku, to z pełnymi brzuchami i bez wahania ruszyliśmy w miasto. W "drodze nie wiadomo dokąd" w nowej lodziarni, zjedliśmy kokosowe lody z prażonym ryżem. Wypiliśmy kilka kieliszków mrożonej cytrynówki w naszym stałym, przystankowym miejscu, gdzie na chwilę można przycupnąć przy małym stoliczku na jednej z uliczek. Dotarliśmy nad miejską plażę. W piątek i sobotę obleganą przez tłumy. Obserwowaliśmy ludzi, którzy schodzili się na koncert, niczym wierni do kościoła na określoną godzinę. W takich miejscach ma być leniwie, pozytywnie i spoko. Instynktownie przybieramy pewną  postawę, która jest mieszaniną poskramianego w niedbałych pozach wigoru, nonszalancji i próżności. Ostatecznie nie ma w tym nic złego, o ile próżność nie każe nam zakładać butów na najwyższym obcasie, które grzęzną w głębokim piasku przy każdym stawianym kroku :)
Wracając zahaczyliśmy o odbywające się w ramach festiwalu Transatlantyk silent disco, popatrzyliśmy z zazdrością na łóżkowe kino plenerowe i uwieczniliśmy ten wieczór oczywiście idealnie nieostrą selfie, pod pięknie podświetlonymi na zielono festiwalowymi schodami.
Nasz wieczór "nie spędzony nad morzem", był leniwy, pozytywny i spoko.
Wróciliśmy do domu ostatnim pociągiem.




(Inspiracja czerwcowy numer magazynu Palce Lizać, 2014 r., motywacja Goszu)

Dziś focaccia z morską solą i oliwkami. My swoją morską sól, która wydobywana jest ręcznie nad Adriatykiem przywieźliśmy z Chorwacji. Więcej  o niej można przeczytać tutaj
Focaccia to rodzaj włoskiego pieczywa, pieczonego na dużych blaszkach, krojonego później w kwadraty. 
Najsmaczniejsza na ciepło. To taki trochę grubszy spód do pizzy bez dodatku sera i sosu. 
Nie jestem mistrzynią chlebowych wypieków. Moja przyjaciółka Gosia robi najlepsze chleby pod słońcem, ze śliwkami, słonecznikiem, razowe, z solą i bez soli. (Robi też najlepsze panforte jakie jadłam :). 
Mówi - zrób focaccię - to proste i smaczne. Faktycznie - focaccia powinna wyjść każdemu. Trzeba tylko dobrze wyrobić składniki i pozwolić ciastu wyrosnąć. Kolejną i kolejną z ulubionymi składnikami będziecie już robić z zamkniętymi oczami.  

Składniki:
- 500 g mąki,
- 1 opakowanie suszonych drożdży (7 g),
- ok. 300 ml letniej wody,
- płaska łyżeczka cukru,
- płaska łyżeczka soli,
- 1/3 szklanka oliwy,
- pół szklanki siekanych czarnych oliwek, (jeśli ktoś nie lubi oliwek może je zastąpić np. posiekanymi suszonymi pomidorami),
- 2 łyżeczki suszonego tymianku,
- łyżka oliwy do posmarowania ciasta,
- łyżeczka dobrej jakości soli morskiej.

Przygotowanie:
Do miski wsypujemy mąkę, cukier, sól i drożdże. Dodajemy wodę i oliwę i wyrabiamy na gładkie ciasto około 10 minut (musi odchodzić od ręki). Odstawiamy przykryte serwetką ciasto w ciepłe miejsce (np do piekarnika nastawionego na 40 stopni, z uchylonymi drzwiczkami) na około 30-40 minut do podwojenia objętości. Po wyrośnięciu, do ciasta dodajemy zioła i oliwki, delikatnie mieszamy i przekładamy na prostokątną blaszkę. 
Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.
Ciastu pozwalamy jeszcze wyrosnąć przez około 30 minut. Przed włożeniem do piekarnika posypujemy je morską solą. Ja swoje jeszcze udekorowałam plasterkami koktajlowych pomidorków.
Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni i pieczemy focaccię przez około 30 minut. 
Focaccia nie musi się zezłościć z wierzchu. Długie wypiekanie sprawi, że będzie sucha.
Najsmaczniejsza jest podawana na ciepło z dodatkiem ulubionej oliwy.


Smacznego!