Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banany. Pokaż wszystkie posty

15 marca 2015

Smoothie z truskawkami, bananem i sokiem z pomarańczy



Spakowałam już wszystkie ciepłe kurtki i swetry do pudeł. Nie ma odwrotu. Nie chcę już zimy. Mam ochotę pomalować paznokcie na kolory tęczy i założyć sandały. Chciałabym żeby przypiekło mnie pierwsze prawdziwe wiosenne słońce, Chciałabym na szeroko otworzyć wszystkie okna i wpuścić trochę wiosennego powietrza. Ukradkiem patrzymy w niebo. "Jakoś tak przejaśnia się... Zobacz spoza tych chmur jakby przebijało słońce..." Akurat. Chmury są ołowiane, a słońce to i owszem jest, ale chyba w Australii. Rodzą się pomysły typu: A może pojedziemy do Palmiarni? I chyba pojedziemy. Niech wreszcie zrobi się ciepło. Brakuje mi kolorów i zieleni i tego przejrzystego nieba i tego powietrza, które przenosi dźwięki inaczej niż to zimowe. Brakuje mi zapachu wiosny. Tej wiosny, która nie chce nadejść i trwa w jakimś takim szarym zawieszeniu. Nawet nie brakuje mi tak bardzo wyższej temperatury, ale już bardzo mocno brakuje mi błękitnego nieba. Mam dość tej szarości....

Wprowadzam więc powoli wiosenne kolory do kuchni. Powolutku, pomalutku, w oczekiwaniu na pierwsze truskaweczki, szparagi, sałatę. Wykorzystuję mrożonki i wszystkie te warzywa i owoce do których w tej chwili mamy dostęp przez cały rok.
Polecam na drugie śniadanie, pyszne owocowe smoothie. Miksujcie warzywa z owocami, szukajcie dobrych połączeń smakowych np. buraka, malin i soku pomarańczowego. To idealna bomba witaminowa w oczekiwaniu na prawdziwą wiosnę.



Do przygotowania tego smoothie potrzebne będą:
- około 2 szklanki rozmrożonych truskawek,
- 1 duży banan,
- sok wyciśnięty z dwóch pomarańczy.

Pić od razu po przygotowaniu.


Smacznego!

16 stycznia 2015

Banoffee



Przygotowując tegoroczne sylwestrowe banoffee, czyli ciasto szybkie i nieskomplikowane ale niezwykle pyszne, przypomniałam sobie smak pierwszego banana. Naprawdę to pamiętam. Kiedy byłam mała, banany były równie dostępne jak świeże krewetki w osiedlowym sklepie spożywczym, czyli właściwie w ogóle. Jednak miałam okazję go zjeść, a pewnie gdyby nie okoliczności, które do tego doprowadziły, nie miałabym okazji jeszcze przez długi czas.

Miałam 7 lat i byłam z tatą w klinice okulistycznej. Okazało się, że powinnam nosić okulary i czekało mnie pierwsze w życiu zakropienie oczu atropiną. Zaczęło się od tego, że siedziałam w klasie w ostatniej ławce i nie przyznawałam się, że nie widzę wszystkiego na tablicy. W moim dzienniczku zaczęły pojawiać się dwóje jak grzyby po deszczu. Wtedy nie było gwiazdek i plusików, mieliśmy dzienniczki z ocenami, a dzieci siedziały grzecznie w ławkach odziane w granatowe fartuszki z przyczepionymi do ramienia tarczami z numerem szkoły. (To były również czasy obowiązkowych fluoryzacji, które odbywały się na szkolnym boisku i wyglądało to jak bicie rekordu Guinessa w  myciu zębów na czas). Rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak i czekała mnie pierwsza w życiu wizyta u okulisty. Strasznie się bałam (do dziś wszystkie szpitale i widok białego fartucha sprawia, że miękną mi nogi) i tata kupił mi dla dodania otuchy pierwszego, pewnie najdroższego wtedy banana. Był niezbyt dojrzały (wtedy tego nie wiedziałam), z lekko zieloną skórką. Smakował jak słodko-kwaskowy niedogotowany ziemniak i nie był to najsmaczniejszy owoc jaki zdarzyło mi się jeść, ale doceniłam ten gest, który pokrzepił mnie pewnie bardziej niż wszystkie zawarte w tym owocu składniki i sprawił wtedy, że przeszłam badanie bez początkowego, paraliżującego mnie strachu.
Minęło wiele lat zanim spróbowałam następnych i następnych. Bananów, mandarynek i kiwi. O awokado, bakłażanach i figach nawet nam się wtedy nie śniło. Przez cały ten czas nosiłam okulary z różowego plastiku z zaklejonym jednym okiem (w klasowych wyborach miss, nie zdobyłabym wielu punktów), ale zaczęłam przynosić czwórki i piątki.

Kiedy miałam 7 lat sklepowe półki oferowały naprawdę niewiele. Nie mogliśmy ot tak pójść do sklepu i kupić sobie bananów i pomarańczy, bo po prostu ich nie było. Wtedy liczyła się kreatywność i pomysłowość. Z mąki dało się zrobić wszystko. Wcinaliśmy gluten aż miło, a nikt z nas nie był gruby. Na śniadanie jedliśmy chleb z masłem, pomidorem i cebulką, na obiad naleśniki z serem, a na kolację najlepszy makaron z sosem pomidorowym mojego taty. W niedzielę obowiązkowy placek drożdżowy z maślaną kruszonką. Jeździliśmy rowerami na działkę zbierać porzeczki, agrest i wiśnie (szczerze tego nie znosiłam). Nasza piwnica z zaprawami mogła wykarmić pół osiedla. Gdy szłam na podwórko dostawałam w rękę wafle przekładane domowej roboty agrestowym dżemem. Pamiętam święta z pierwszymi pomarańczami. Ich zapach, który roznosił się po całym domu. Kanapki owinięte w szary papier i tata, który uczył mnie przy stole zawijać je w sposób idealny.

Kiedy teraz postanowiłam zrobić banoffee, przypomniał mi się ten pierwszy banan i cała ta historia z moimi okularami. I pomyślałam też, że pamiętam każdego sylwestra. Pamiętam, bo to zawsze był dla mnie dzień wyjątkowy. I nawet nie z powodu hucznych imprez bo takich chyba nigdy nie było. Każdy sylwester to dla mnie taki nowy początek. Z innymi ludźmi, w innym miejscu. Lubię mieć poczucie, że nasze życie określa rytm pór roku i dwunastu miesięcy, które wyznaczają pewien etap w naszym życiu. Pod tym względem sylwester ma w sobie coś mistycznego. Tysiące ludzi, którzy padają sobie w ramiona i patrzą w niebo na sztuczne ognie, które przez tą jedną wyjątkową chwilę stają się przepustką i bramą do lepszego, nowego życia w nowym roku.

Nie robię noworocznych postanowień. Skupiam się na tym, żeby mieć co pamiętać. Niech nowy rok będzie czystym rozdziałem do zapisywania późniejszych wspomnień. Życzę Wam, żebyście zebrali ich w tym roku jak najwięcej.

Jak w tekście Paktofoniki: 
Życie nasze składa się z krótkich momentów
Cudownych chwil czy przykrych incydentów
Niczego nie przegapię
(...)
Bowiem wiem że jestem lśnieniem
I okamgnieniem
Że będę wspomnieniem
Za pozwoleniem, sprawdź to
Zanim schowasz dzień pod powiekami
(...)
Jesteście, więc zauważcie to nareszcie
Odbierzcie dzisiejszy dzień jak podarunek
Cieszcie się i obierzcie na jutro kierunek
Odważcie się, zróbcie ten krok
Podnieście wzrok



Przygotowanie banoffee.
Nie macie piekarnika? Bardzo dobrze. Ciasto nie wymaga pieczenia w piekarniku.  Ciasto banoffee to banany + toffee. Ciasto powstało w 1972 roku w Anglii. W tej chwili ma już swoich wiernych adoratorów na całym świecie. Składa się ze spodu z kruchych ciasteczek, warstwy toffee, warstwy bananów i puszystej warstwy bitej śmietany na wierzchu. Chociaż w słowniku niektórych, których znam "całkiem osobiście" nie ma pojęć "zbyt dużo" i "zbyt słodko" to obawy, że to ciasto może być za słodkie są całkiem bezpodstawne. Jeśli bita śmietana nie będzie za słodka lub wcale nie dodacie cukru, to z pewnością wsuniecie całkiem bezboleśnie i z niekłamaną przyjemnością dwa kawałki. Uważam że cukier w masie śmietanowej powinien być. To ciasto musi być słodkie. Dwie spore łyżki lub więcej jak dla mnie są ok, ale wszystko zależy od waszego uznania. Popróbujcie.
Ja do swojej warstwy dodałam również ser mascarpone. Chmura była nieco cięższa, ale jakże wspaniała w smaku.

Składniki (na okrągłą formę 26 cm):
spód:
- 300 g kruchych ciastek (użyłam ciastek korzennych, ale możecie użyć dowolnych kruchych ciastek) + ok. 60 g roztopionego masła,
warstwy:
- 500 g gotowej masy kajmakowej/krówkowej (lub puszka 500 g słodzonego mleka skondensowanego, którą trzeba gotować przez trzy godziny całkowicie przykrytą wodą i po tym czasie ostudzić),
- 3 duże dojrzałe, ale nie przejrzałe banany,
- 250 g sera mascarpone,
- 600 ml śmietany kremówki 30%,
- 2 spore łyżki cukru pudru.

Przygotowanie:
Formę wysmarować masłem lub wyłożyć boki formy papierem do pieczenia.
Ciastka rozdrobnić w malakserze. Dodać stopione masło i wymieszać z rozdrobnionymi ciastkami do uzyskania konsystencji mokrego piasku. Wyłożyć na spód formy również wykładając boki do ok. 3 cm i dobrze wszystko docisnąć. Na tak przygotowanym spodzie rozłożyć warstwę kajmaku. Żeby lepiej się rozprowadzała można puszkę zanurzyć na chwilę w gorącej wodzie (ok 5 minut) i wtedy ją rozprowadzić. Na warstwie kajmaku ułożyć równomiernie banany pokrojone w plasterki. Kremówkę ubić na sztywno. Dodać ser mascarpone i cukier puder i chwilę wymieszać (ewentualnie dosłodzić). Rozłożyć na bananach. Ciasto schować do lodówki przynajmniej na 3 godziny.

Uwaga! Można użyć samej śmietany kremówki zastępując ser mascarpone dodatkową porcją śmietany. Ale jeśli robicie warstwę z samej śmietany i nie planujecie zjeść wszystkiego od razu (chociaż to całkiem możliwe), to do bitej śmietany dodajcie odrobinę żelatyny, która pozwoli utrzymać puszystą warstwę nieco dłużej niż jeden dzień. W tym celu rozpuśćcie łyżkę żelatyny w odrobinie gorącej wody i dobrze ją wymieszajcie. Pod koniec ubijania śmietany dodajcie żelatynę. To spowoduje że ciasto wytrzyma ze spokojem nawet 3 dni (ale to raczej niemożliwe..).





Smacznego!


12 listopada 2014

Ciasto bananowe bez miksera z przepisu Billa Grangera (chlebek bananowy)






Dopadł mnie kolejny etap jedzeniowy. Przypadłość taka moja polegająca na jedzeniu w określonym czasie pewnych produktów w zwiększonych ilościach. Taka zachcianka jedzeniowa... Tym razem padło na banany, ryż i kakao. Banany jem na śniadanie, drugie śniadanie, podwieczorek. Dorzucam do dań obiadowych, próbuję wymyślić, wyszukać, zwizualizować nawet, do czego by tu można dorzucić banana. Jem banany śniadaniowo z kaszą jaglaną, duszę je, piekę i gniotę przenosząc w torebce w drodze z domu do pracy.

Ryż. Gotuję na mleku, na wodzie, podaję na słodko i na słono. Wymyślam różne wersje curry – byle tylko podać je z ryżem. Ostatnio curry z bananami (!) i bakłażanem. Świetne. Pokusiłam się nawet o zrobienie ryżowego włoskiego ciasta pomarańczowego. Ugotowany do miękkości na bardzo wolnym ogniu ryż z cukrem, po ostudzeniu wystarczy wymieszać ze startą pomarańczową skórką, dorzucić żółtka jaj i wymieszać wszystko z ubitą na sztywno pianą z białek. Piecze się godzinę, studzi i zjada. Bardzo dobre, ale dość mocno się kruszy.
Wszystko popijam dużym kubkiem kakao. Na półce sklepowej widzę tylko smakowe mleka o smaku czekoladowym... Otwieram szafkę i zapach otwartego kartonika z kakaowym proszkiem obezwładnia mój nos.




(Przepis z książki Nakarm mnie - Billa Grangera z moimi modyfikacjami)

Brązowe banany idealnie nadaję się do wypieków, a więc zrobiłam bananowe ciasto wg przepisu Billa Grangera. Jak wszystkie tego typu bananowe ciasta, im dłużej poleży – tym jest smaczniejsze. Ten warunek najtrudniej jest spełnić. Kolejny raz Bill proponuje ciasto na zasadzie: weź składniki i wymieszaj, czyli ciasto bez użycia miksera. Można je upiec albo w keksówce (zdjęcia na wstępie wpisu) i wtedy faktycznie przypomina chlebek, albo w okrągłej formie 26 cm i wtedy przypomina tort :) Piekłam ciasto w nieco niższej temperaturze, bo 190 stopniach. W oryginale jest 200 stopni.

Składniki:
- 250 g rozgniecionych, bardzo dojrzałych bananów (2 średnie banany),
- 250 ml kwaśnej śmietany 18%,
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej,
- 100 g roztopionego masła,
- 50 g brązowego cukru,
- 150 g miałkiego cukru do wypieków,
- 2 średnie jajka,
- 250 g mąki pszennej,
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 30 g posiekanych włoskich orzechów (opcjonalnie),
- 1 łyżeczka mielonego cynamonu (użyłam płaskiej łyżeczki przyprawy do piernika).

Przygotowanie:
Piekarnik nagrzać do 190 stopni.  Formę natłuścić masłem i wysypać mąką. W miseczce wymieszać przesianą mąkę, proszek do pieczenia i przyprawę do piernika (lub cynamon).
W innej misce wymieszać śmietanę z sodą oczyszczoną i odstawić na 5 minut.
Śmietanę wymieszać z roztopionym masłem, cukrem (brązowym oraz zwykłym) oraz jajkami. Masę dodawać do mąki stale mieszając. Na koniec wmieszać dokładnie rozgniecione banany.
Ciasto wylać do formy. Piec przez 60-70 minut lub do suchego patyczka. Góra mocno się zbrązowi, ale przy ciastach bananowych - zawsze tak jest - nie oznacza to wcale, że ciasto jest spalone.  Po upieczeniu wystudzić, posypać dla dekoracji cukrem pudrem.

Smacznego!

10 października 2014

Ciasto bananowe z dużą ilością orzechowej kruszonki



Wiecie czym jest prokrastynacja? Brzmi strasznie prawda? To wcale nie skrzyżowanie prostytucji z dekantyzacją i jakimś trudnym do zdefiniowania zboczeniem. P r o k r a s t y n a c j a to nic innego jak patologiczna tendencja do odwlekania. Do nieustannego przekładania pewnych czynności na później w różnych dziedzinach życia. Muszę przyznać, że może nie trąci jeszcze u mnie patologią, ale w niektórych dziedzinach, jestem w tym prawdziwym mistrzem!

Jeśli czeka mnie zadanie, które muszę wykonać, z podziwu godnym zapałem i nadspodziewaną kreatywnością wymyślam tysiące innych zajmujących rzeczy, które skutecznie wypełniają mi czas. Kiedy już, już prawie mija termin, żeby zrobić to co muszę, włącza się jakaś turbosprężarka i zadanie wykonuję idealnie w punkt i idealnie na czas. 

Kiedy zapowiedzą się z dwutygodniowym wyprzedzeniem ważni goście, przez 12 dni wymyślam menu, wertuję przepisy, zbieram, zapisuję i układam w głowie to, co muszę zrobić. Kończy się to imponującym zbiorem siedemnastu przepisów, z których usilnie usiłuję coś wybrać. Nerwowość dopada mnie kiedy patrzę na nieogarnięty i niepowstawiany na swoje miejsca codzienny bałagan i ciągle niezmaterializowaną listę zakupów. Dzień przed (kiedy wskazówki zegara zaczynają nagle biec jak ogary wypuszczone w las) walczę na kilku frontach, próbując prześcignąć samą siebie. Na godzinę przed zapowiedzianą wizytą kończę "szorowanie podłóg" i biegam jak szalona próbując ogarnąć wszystko co nawinie mi się pod rękę. Minutę przed dzwonkiem do drzwi, upycham miotłę w szafie, z piecyka wyciągam chrupiące bułeczki i szykując się do otwarcia drzwi nakładam uśmiech, który mówi: urodziłam się po to by podejmować gości, chrupiące bułeczki wyciągam z piekarnika właściwie kilka razy dziennie, a w zlewie nigdy nie leży stos brudnych naczyń. Obiecuję sobie, że to ostatni taki raz i że następnym razem wszystko przygotuję zdecydowanie wcześniej, a czekając na gości będę leżeć na kanapie z pilotem w ręce. Akurat.

Istnieją podręczniki, które mają pomóc nam uporządkować swoje życie, gdybyśmy tylko zastosowali się do zawartych w nim porad. Dziesięć sposobów na płaski brzuch. Pięćdziesiąt sposobów jak nie odkładać rzeczy na później.  Jak kontrolować emocje. Jak mieć wszystko pod kontrolą. Jak planować planowanie. Jak nie być smutnym. Jak być bardziej produktywnym. Jak siadać i jak nie siadać.
Szczerze mówiąc, takie podręczniki nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań. Nawet jeśli ktoś napisałby podręcznik: Jak być sobą (choć pewnie niejeden wpadł już na ten pomysł), nie podjęłabym wysiłku jego przeczytania. Uważam, że pomimo wszystko moje życie jest w miarę sensownie poukładane, a odrobina frustracji jeszcze nikomu nie zaszkodziła


03 września 2014

Mrożony koktajl kawowo-bananowy


Did I mention? Uwielbiam polską pogodę! Wczoraj wełniane skarpety i włączony kaloryfer, a dziś mrożona kawa i leżak..! A wszystko z racji tego, że stuknęło mi 150 osób na Facebooku, które zapewne zaczynają dzień od przeczytania mojego bloga ;) Postanowiłam opić to zacnym toastem w postaci koktajlu kawowo-bananowego z dodatkiem brązowego cukru muscovado. A cukier muscovado to tylko przez wczorajszy komplement, całkiem nieuświadomiony i nieprawdziwy, ale J a k ż e  P r z y j e m n y dla uszu choć na chwilę.

Nieprawdziwy komplement brzmiał mniej więcej tak:
T. spoglądając na siebie krytycznym okiem:
- Jak patrzę tak na siebie to wydaje mi się że jestem szczupły...
- Ale jak patrzę tak na nasze zdjęcia razem to wyglądam jak byk!!
Po chwili refleksyjnego namysłu: Eeeee, ale to by znaczyło, że ty jesteś szczupła??!

Także wybaczcie mi banana i cukier, który pewnie powinnam zastąpić avokado i stewią, a najlepiej to pewnie samym ogórkiem, ale 150 osób do czegoś zobowiązuje. Połowy z Was zupełnie nie znam, z czego drugą połowę widziałam pewnie ostatnio dość dawno temu, ale z jakiegoś powodu Wy, czyli 150 osób kliknęło w Lubię to i uczyniło mi ten zaszczyt, że chce czasami wpaść i poczytać, a czasem nawet poeksperymentować w kuchni korzystając z mojego bloga :)
Wydaje mi się że 150 osób lubiło już mój blog jakieś dwa tygodnie temu, ale zapewne pod wpływem jakiegoś wyjątkowo niefortunnego przepisu lub pod wpływem mojego melancholijnego smęcenia, osoba ta wypisała się mając po prostu zwyczajnie dość :)

21 października 2013

Chlebek bananowy Sophie Dahl




Jeden wieczór.
Jedna rozmowa, która pokrzepia bardziej, niż niejedna składana obietnica i deklaracja.
Jedna odpowiedź i zapewnienie, że ktoś kogo kochasz uszanuje każdą twoją decyzję i pomimo wszystkiego zawsze będzie przy tobie.
Jedno jedyne zdanie, które wcale nie przychodzi łatwo, a jest tak naprawdę jedynym właściwym, oczywistym i tak bardzo oczekiwanym.

Spacer po lesie, z którego oczywiście zaśmiewamy się do łez, bo niespodziewanie zamienia się w półgodzinne przedzieranie się przez chaszcze i kłujące pokrzywy. Wyprawa po grzyby, z której wracamy z kilkoma nadgryzionymi przez ślimaki podgrzybkami, prawie zwichniętą nogą i obietnicą „już nigdy nie pójdę z wami do lasu”, a która ulatnia się z każdą upływającą minutą drogi powrotnej.
Szczęśliwe chwile, które tak jak zebrane grzyby wkładam do kosza, bo z tej wyprawy to one będą dla mnie najważniejsze.
Dziękuję.