Dlaczego piątkowe wieczory są z reguły lepsze od sobotnich poranków,
a buraczane placki najlepsze tylko na pierwszej randce.
Gdy nadchodzi piątkowy wieczór, (niektórzy czują jego nadejście już w niedzielę wieczór!) człowiek jakby szaleju się najadł i znajduje w sobie nadspodziewane pokłady ukrytej energii. Włącza się tzw. szwendacz i nie ma siły, żeby ktoś zatrzymał go w domu. Fantastyczne piątki kończą się z reguły niezbyt fantastycznymi sobotami i dzieje się to wręcz wprost proporcjonalnie. Im bardziej udany piątkowy wieczór, tym mniej udany sobotni poranek. Ratunkiem dla niektórych bywa duża porcja jajecznicy na maśle, słuszna porcja parówek i herbata z resztką cytryny doprawiona sowicie miodem. Po śniadaniu dopadają nas wyrzuty sumienia za wszystkie grzechy popełnione poprzedniego wieczoru i obiecujemy sobie, że przez cały weekend będziemy prowadzić się wręcz wzorowo, a w garnku lądować będą tylko zdrowe rzeczy.
Nie powiem, że zaliczyłabym te placki do moich najbardziej ulubionych, ale usmażone na świeżo, podane z sosem, są naprawdę całkiem niezłe. Koniecznie musicie je usmażyć na dobrze rozgrzanej oliwie. Nie w piekarniku i nie na nieprzywierającej patelni. Tzn. nieprzywierająca patelnia może być, ale koniecznie z chlustem oliwy.
Tak jak piątkowy wieczór bywa idealny, a sobotni poranek niekoniecznie, tak nie potrafię wytłumaczyć dlaczego te placki z buraków są tak smaczne podawane od razu, smażone na chrupiąco na oliwie, a zupełnie niekoniecznie smakują dobrze na drugi dzień. Jeśli więc placuszki z buraków usmażycie w piątek (a zostanie wam kilka sztuk) i będziecie mieli naprawdę udany piątek wieczór, to w sobotę rano zjedzcie parówki. Uwierzcie mi proszę na słowo.
