16 lutego 2015

Śledzie miodowo-korzenne.


Odcienie miłości A. Munro kontra Pięćdziesiąt twarzy Greya E. L. James.
(to w ogóle nie będzie żadna recenzja).

Ludzie po prostu są różni.


Fenomenu niektórych zjawisk nie zrozumiem nigdy.
Książka i ekranizacja powieści "Pięćdziesiąt twarzy Greya" do takich zjawisk bezpodstawnie należy.
I w ogóle nie zamierzam tego zjawiska i tego filmu oceniać, bo w ogóle nie o to tu chodzi.
Podejrzewam, że w dużej mierze zjawisko owczego pędu i rozprzestrzeniającej się zaraźliwości wytoczyło ludzi w ten weekend z domów do pękających w szwach sal kinowych, ale jednak wielu tą decyzję podjęło najzupełniej świadomie i całkiem dobrze się przy tym bawiąc. Mam przynajmniej kilku znajomych, a każdy z nas ma z pewnością kilku znajomych, którzy czytali książkę lub oglądali film. Można by wziąć linijkę i oddzielić tych którzy oglądali film i uważają go  za całkiem dobry, od tych którzy filmu nie widzieli, książki nie czytali i ani czytać, ani oglądać nie zamierzają. Ludzie dzielą się na takich którzy lubią koty i którzy kotów nie lubią, a raczej to koty nie lubią ich. 
Do czego w tym wszystkim zmierzam?
Do niczego w sumie odkrywczego, a mianowicie do tego, że ludzie są różni.

Literatura też może być slow. Tak jak slow może być food, slow może być sex i slow może być life.


W kolorowym magazynie dla nastolatek (sic!), który leżał w przedziale pociągu, przeczytałam, że dziś wszystko toczy się tak szybko, że musimy nauczyć się inaczej i wolniej żyć. Musimy nauczyć się slow życia. Nasze życie toczy się zbyt szybko, bo mamy czas wypełniony po brzegi. Mam wrażenie, że u niektórych ten czas jest tak wypełniony, że wszystko aż trzeszczy, a szwy ledwo zipią. Trudno się dziś przyznać do nicnierobienia. Do błogiego lenistwa i zalegania na kanapie z pilotem w ręce, do gapienia się w niebo i do posiadania czegoś tak unikalnego jak czas na czytanie książek czy gazet. A ja czas na czytanie gazet mam w trakcie jazdy komunikacją podmiejską,  gdzie nawet poranna cisza musi być wypełniona jazgotem discopolowej muzyki nastawionej na pół regulatora. Dziś nie da się inaczej. Ciszę też trzeba wypełnić. I właśnie w tym wypełnionym discpolowymi hitami busie, usiłując co rusz skupić myśli przeczytałam ponownie o Alice Munro. Że to literatura slow.

Gdzie po raz pierwszy przeczytałam o Alice Munro, nie wiedząc o tym że to Alice Munro.


Generalnie nie mam problemu z chomikowaniem.
Mnie ten problem nie dotyczy.
Chętnie wydaję i pozbywam się rzeczy i przedmiotów, które były przydatne i służyły mi przez lata, a teraz mogą służyć komuś innemu. Nie oznacza to oczywiście uporządkowanego domu i rzeczy pod sznurek, co to to nie. Uporządkowany dom starym zwyczajem przeistacza się po dwóch dniach w dom sprzed sprzątania, a wszystkie rzeczy, które uprzednio znalazły się na swoich miejscach z podziwu godną upartością wpełzają z powrotem na swoje całkiem nieprzeznaczone dla nich miejsca.
Magazyn Wysokie Obcasy w formie dodatku do Wyborczej zbieram i czytam odkąd pamiętam. Można powiedzieć, że w jakiś sposób mnie ukształtował, bo  kiedy nie było co czytać, a ja nie chciałam sięgać po kolorowe czasopisma dla nastolatek, od deski do deski czytałam Wysokie Obcasy i tak niestety zostało mi do dziś. Mówię niestety, bo gdybym nie czytała, nie miałabym problemu z pozbyciem się ich przy każdych generalnych porządkach. Wobec tylu słów, tylu inspiracji i tylu ciekawych artykułów zwyczajnie nie mam sumienia.
No bo właśnie, gdyby nie WO pewnie nie sięgnęłabym po Alice Munro, a tak sięgnęłam i sięgam cały czas.
To był zupełny przypadek.
Nie ocenia się jak mówią książki po okładce.
Nie można.
Ale jednak zdarzyło się. 
Lat temu kilka dosłownie podczas kolejnych generalnych porządków, natknęłam się na recenzję w WO książki Alice Munro. Zaciekawił mnie tytuł (który później wyleciał mi z głowy) i okładka. Serio. Najpierw to ona przykuła moja uwagę. Żebyście wiedzieli o czym mówię, to wygląda ona tak:


Nic szczególnego prawda? 
Pamiętam opis tej książki. Że prawdziwa, że boleśnie smutna, że taka o życiu i już wiedziałam, że muszę ja przeczytać. WO odłożone na bok na zakładkę, przeleżały jednak z recenzją niezakupionej książki przez następny rok, aż wreszcie zniknęły mi z pola widzenia. O książce i jej zakupie zupełnie zapomniałam. Aż do czasu, kiedy znowu trafiłam na tą okładkę i okazało się, że to świeżo upieczona noblistka i aż się zaśmiałam w duchu, że to wtedy akurat ten tytuł i ta okładka przykuły moją uwagę. Kupiłam, w końcu przeczytałam i... wpadłam jak śliwka w kompot. Zakochałam się w jej pisarstwie od razu. 

Alice Munro jako literatura slow. Wysokie Obcasy po raz drugi.


I historia zatoczyła jakby koło, bo we wspomnianych już Wysokich Obcasach czytanych pośród roznoszącego się w eterze głośnego: Jesteeś szaloona mówię ci....!,  Karolina Sulej i Sylwia Chutnik recenzując jej najnowszą książkę nazywają książki Munro literaturą slow. Muszę przytoczyć ich słowa, bo lepiej bym tego nie ujęła: "...dla Munro wszystko, co nam się przytrafia, jest poniekąd przyjemne z tego tylko powodu, że jest życiem. Pisze, że z uczuciami to jest tak, "jakby człowiek celowo dotykał kabla pod słabym napięciem, żeby doznać lekkiego wstrząsu". I takie są też jej opowiadania - trochę bolą, trochę wyczulają na rzeczywistość. Jakby pisarka mówiła: hej, nie szukajcie wielkich wydarzeń, przypatrzcie się rodzinie, przyjaciołom - nie ma nic oczywistego w emocjach, które was łączą. (...) Bo opowiadania, owszem, są o miłości, ale nieoczywistej i dalekiej od "żarów warg jego". (...) Duszny klimat małomiasteczkowy nie sprzyja zwierzeniom i rozgadaniu. Może dlatego wydaje się, że każdy bohater nosi w sobie sekret, że ma na gardle cudze dłonie. Nie może żyć na sto procent, przemyka, obserwuje, przyczaja się".
Jest slow life, slow sex, slow fashion - dlaczego literatura nie miałaby się kojarzyć z czymś wymagającym skupienia, zwolnienia tempa na rzecz zachwycania się szczegółem, przyzwolenia na przyjemność?
Teraz widzicie jak trudno mi wyrzucić Wysokie Obcasy...

Nie powinno się oceniać książki po okładce, ale w sumie czasem można.


Teraz wyjaśnię, że ja też zatoczyłam koło, bo w ogóle nie oceniając "Pięćdziesięciu twarzy Greya" (ale jednak podejmując ten wątek), doszłam do wniosku, że są zwolennicy slow i są zwolennicy fast.
Tak po prostu jest.
A może nie jest to nawet kwestia slow i fast tylko upodobań, mody i gustu?
Ale wierzcie mi, że kiedy czytam niespiesznie delektując się każdym słowem opowiadania Munro, to po prostu zwyczajnie nie mogę przebrnąć przez "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Po prostu bym tego nie przełknęła i piszę to bez całkowitej kokieterii.
Myślę też, że wielu nie przebrnie przez opowiadania Alice Munro. Po prostu.
Wiem, że zawsze warto dawać szansę, ale w przypadku "Pięćdziesięciu twarzy Greya" oceniam książkę po okładce.
Może jestem niesprawiedliwa, ale naprawdę nie mam ochoty jej przeczytać.
Ludzie po prostu są różni.
A ta okładka zupełnie do mnie nie przemawia.

------------------------

W związku z tym, że jutro długo wyczekiwany śledzik - przepis na śledziki idealne;) 
Ile w końcu można balować?
Jak mówi klasyk: Dobrze, że są poniedziałki, bo te weekendy w końcu mnie wykończą! :)
Spóźniam się nieco z przepisem, ale na weekend będą jak znalazł.

Nie oceniajcie "książki po okładce". Śledzie są znakomite.
Przepis pochodzi z książki Hanny Szymanderskiej - Kuchnia Polska.

Składniki:
- 500 g solonych śledzi typu matjas,
- woda do moczenia,

Sos: 
- 1 duża cebula,
- pół szklanki oleju (użyłam rzepakowego),
- sok i otarta skórka z połowy cytryny,
- 4 łyżki miodu,
- ćwierć łyżeczki mielonego ziela angielskiego,
- ćwierć łyżeczki mielonego cynamonu,
- ćwierć łyżeczki mielonych goździków,
- ćwierć łyżeczki mielonego pieprzu,
- ćwierć łyżeczki mielonego kardamonu,
- kawałek suchego piernika,
- szczypta soli.

Przygotowanie:
Śledzie umyć i zalać wodą. Moczyć przynajmniej 12 godzin. W trakcie moczenia dwukrotnie zmienić wodę. (H. Szymanderska zaleca moczenie w mleku, ale wg mnie woda wystarczy, śledź musi być lekko słony)
Wszystkie przyprawy utłuc dokładnie w moździerzu. 
Zagotować miód, dorzucić przyprawy i ściągnąć z ognia. 
W osobnym garnku zagotować wodę. Wrzucić do niej całą, obrana cebulę i zostawić we wrzątku na dwie minuty. Wyciągnąć, przelać zimna wodą i pokroić w drobną kostkę. Skropić cebulę sokiem z cytryny, dodać skórkę cytrynową i szczyptę soli.
Ususzony kawałek piernika zetrzeć na tarce, wymieszać z oliwą, cebulą i przestudzonym miodem.
Wymoczone sledzie osuszyć i pokroić w zgrabne kawałki.
Zalać sosem i trzymać w lodówce.
Najlepsze po dwóch dniach.




Smacznego!


2 komentarze:

  1. Akurat śledzi to ja jadam dość mało i chyba najlepszą dla mnie rybą od zawsze jest łosoś. Muszę przyznać, że także świetnie smakuje mi ryba od https://mowisalmon.pl/produkty/ gdyż wiem jak smaczna potrafi ona być.

    OdpowiedzUsuń